Wszelkie podróże mogą być mniej lub bardziej wyczekane, zaplanowane i przygotowane. Ale zdarzają się takie na całkowitym spontanie. Po wyjątkowo ciężkim tygodniu w pracy, na studiach lub w szkole. Po trudnym szkoleniu, egzaminach, maturze. Albo gdy w relacjach następuje burzliwy czas. Przychodzi moment, że chcemy uciec, złapać oddech, nabrać dystansu, odpocząć, włączyć reset. Nie potrzeba wówczas jechać ani daleko, ani na długo. Wystarczy weekend w jakimś urokliwym miejscu, które pozwoli nam popatrzeć na wszystko z nowej perspektywy. Jak w piosence zespołu Czerwony Tulipan:
Życie zaczyna się po 30stce
– ośmielę się zaryzykować stwierdzenie. A już na pewno po przekroczeniu tej magicznej granicy coraz trudniej zatrzymać się, by smakować chwile i dostrzegać sens drobnych spraw dnia codziennego. A przecież smakują wybornie i bywają niezapomniane.
Z wiekiem zmienia się również perspektywa, nastawienie i człowiek zaczyna wiedzieć coś więcej o słodyczy, goryczy, ostrości i stopniu zasolenia kolejnych dni. Wszystkie one składają się w doświadczenia, którymi będę starała się tutaj podzielić. A że z nimi ulotnie, jak z motylami postanowiłam zatroszczyć się o odpowiednią formę by poza melodią, która kojarzy się z osobą, poza zapachem, który przywołuje konkretne sytuacje, poza spojrzeniem, uśmiechem zapisanym w pamięci mieć miejsce, którego nie dotknie klęska niepamięci, a do którego wracać można w każdym czasie, jak często ma się życzenie.





